|
|
Jan Turnau
Jestem absolutnie antymobilny, imponuje mi zatem każda podróż dalsza niż na Krakowskie Przedmieście. A gdy mój przyjaciel Jędrzej Majka odwiedza aż 12 krajów dalekich, maksymalizuje moje kompleksy do tzw. imentu
Dla odzyskania równowagi psychicznej odnotuję jego kolejną książkę podróżniczą z adresami w liczbie apostolskiej. Oto one: Republika Komi, Etiopia, Islandia, Iran, Bajkał, Armenia, Tajwan, Ukraina, Uzbekistan, Indie, Gruzja, Tajlandia.
W każdym z tych krajów Jędrzej ma jakąś przygodę malującą dosadnie couleur local, a zarazem mocno ubarwiającą narrację. W Etiopii miał poza przygodą szczęście otrzymać dwie ważne informacje dotyczące kawy. Jest to mianowicie podstawowy produkt dawnej Abisynii, stąd też dwie opowieści o tym, jak odkryto ten boski napój. Pierwsza, że dokonał tego pasterz, którego kozy nakarmione liśćmi krzaku kawowego zaczęły skakać, on też spróbował i też się podniecił. Druga, że tenże człowiek podzielił się następnie swoim wynalazkiem z opatem klasztoru, w którym mnisi do spółki z nim samym przysypiali podczas czuwania. Arcymnich co prawda wrzucił gałąź kawową do paleniska, ale w ten sposób nauczył się palenia owych ziaren i utrzymywania w ten sposób klasztornej kondycji.
Mnie kawa kojarzy się, owszem, z kozami, ale z twierdzeniem ludowym polskim, że jest to bardzo pożyteczne zwierzę, "bo i mliko daji, i kawom sro". To folklor, ale mój przyjaciel pastor Mieczysław Kwiecień powiada poza tym, że Księga Rodzaju zawiera opustkę. Bóg stworzył wszystkie inne istoty żywe, rośliny i zwierzęta, nawet małpy i delfiny, ale zaraz potem nie człowieka w dwóch płciach, jeno właśnie kawę.
Dygresję powyższą usprawiedliwiam tym, że napój powyższy jest nie tylko tematem jednego rozdziału, ale i motywem przewodnim całej książki. Autor pije kawę wszędzie i często. W czym mi jest bardzo bliski, bom i ja w tej mierze nałogowiec.
Inny leitmotiv to w ogóle konsumpcja gastronomiczna, fachowe opisy potraw, czym mi Jędrzej imponuje też bardzo, bo kucharz ze mnie żaden.
Na koniec wiadomość, że książka wydana ślicznie. Fotografie autora.
"Gazeta Wyborcza", 29-30 stycznia 2011 r. |
|
Małgorzata Skowrońska 2010-12-22
- Nie lubię zwyczajowych tras. Takie wycieczki są bezpieczniejsze niż samotne podróżowanie, ale też nie przesadzałbym z pułapkami, które czekają na turystę podróżującego na własną rękę - opowiada o swych podróżach Jędrzej Majka, teolog i dziennikarz.
Małgorzata Skowrońska: - Zaprosiłby pan kolekcjonera prezerwatyw z Inty na wigilię?
Jędrzej Majka*: Zaprosiłbym wszystkich bohaterów moich podróży. Każda z tych osób to inna historia, inny świat. Gdyby nie moje wyjazdy, nigdy bym ich nie spotkał. Po to się podróżuje, żeby poznawać ludzi. Zabytki, krajobrazy są wtórne. Wyznaczam sobie jakąś trasę, na której znajduje się piękna świątynia, historyczne ruiny i przewodnikowe cuda, ale tak naprawdę to tylko pretekst. Najważniejsze są spotkania, i to niekoniecznie te skonsumowane rozmową. Czasami bariera językowa nie pozwala wymienić między sobą choćby bardzo prostych zdań. Nieważne, bo zdarza się, że więcej odczytuję z gestów i spojrzeń. W Indiach ciężko było mi się dogadać, a pamiętam stamtąd mnóstwo spotkań. Przypadkowych i pobieżnych. Niektórych zbyt krótkich i do dziś żałuję, że nie było czasu, żeby z tymi ludźmi pobyć dużej, poobserwować. Rankiem jechałem zwykłym międzymiastowym autobusem z Waranasi do Khajuraho. W jednej z mijanych miejscowości zobaczyłem przy studni dzieciaki myjące zęby za pomocą patyczków z gałęzi drzewa neem. Nie przerywając porannej higieny, odprowadziły wzrokiem moją białą twarz w rejsowym autobusie z workami kukurydzy na dachu. Do dziś żałuję, że nie miałem okazji umyć zębów w ich towarzystwie.
Swoje spotkania i podróże opisał pan w książce "Pociąg do świata". Od Wiktora, kolekcjonera kondomów z Inty, zaczyna pan swoją opowieść. Potem kolejne miejsca i osoby. Spotkania przypadkowe czy zaplanowane?
- Wiktora, młodego Ukraińca utrzymującego się z handlu węglem w Rosji, poznałem przez znajomego. Tak się najlepiej podróżuje. Ktoś poleca jakiegoś miejscowego. Wtedy jest łatwiej odnaleźć się w nowej rzeczywistości, ale nie jest to warunek konieczny. Wiktor był moim przewodnikiem po tym północno-wschodnim skrawku Europy, jakim jest Inta. Sto kilometrów na północ jest już koło polarne. Zimowy dzień trwa tam zaledwie pięć godzin. W oknach montuje się jarzeniówki, żeby nie wpaść w depresję. W biurze Wiktora, w typowym bloku z wielkiej płyty, też takie były. Jego depresję miał rozpraszać także wystrój biura. W salonie wszystko było czerwone: od kanapy po zasłony. W witrynce najlepsze alkohole: Grant's, Tullamore... Kiedy usiadłem na poplamionej kanapie (wolałem nie wiedzieć, kto i co tu rozlewał), zauważyłem drewniany regał z gumkami z całego świata. Znajomy, który polecił mnie Wiktorowi, nie wspominał o tej pasji mojego gospodarza. Inaczej bym się przygotował i przywiózł mu kilka różnych paczek z Polski. Po bliższym zapoznaniu się z kolekcją musiałem przyznać, że nie zaskoczyłbym go, bo miał chyba wszystko z kondomowego asortymentu made in Poland.
Bezpieczne są takie podróże?
- Już nie umiem inaczej jeździć po świecie. Zwykłe, turystyczne zwiedzanie mi nie wystarcza. Mam alergię na wycieczki. Na takich opłaconych i zorganizowanych wyjazdach byłem trzy razy w życiu. Na Białoruś wybrałem się z wycieczką z PTTK. Zależało mi na szybkim zrobieniu zdjęć do albumu o Kresach. To był majowy weekend. W autobusie rodziny z dziećmi. Nikt nie chciał zboczyć z przewodnikowej trasy. A ja nie lubię zwyczajowych tras. Takie wycieczki są bezpieczniejsze niż samotne podróżowanie, ale też nie przesadzałbym z pułapkami, które czekają na turystę podróżującego na własną rękę. Zdarza się, że skóra mi cierpnie na plecach ze strachu, ale to też po powrocie wspomina się takie chwile jak przygody życia. I jest jeszcze co opisywać.
Bał się Pan, gdy...
- Gdy w Gruzji wędrowałem do klasztoru Sapara. Mijałem cmentarz, gdy usłyszałem, że ktoś woła. Pijani mężczyźni siedzieli wśród grobów. Zapraszali, żebym wypił z nimi... Na początku udawałem, że nie słyszę, ale oni nie odpuszczali. W końcu przystanąłem. Gdybym tego nie zrobił, nie okazałbym im szacunku, a to mogłoby się dla mnie źle skończyć. Byłem już w Gruzji trzy tygodnie i nauczyłem się, że z miejscowymi trzeba przysiąść i wypić. Tak było w Kazbegi, Alawerdi, Ikalto czy Gremi, zawsze w drodze do średniowiecznych kościołów. Picie na cmentarzach mnie nie dziwiło. Znałem ten zwyczaj z krajów prawosławnych. Pierwsza wymiana zdań z Gruzinami upewniła mnie, że dobrze zrobiłem, zatrzymując się. Zaali z irytacją w głosie od razu poinformował mnie, że nieładnie odmawiać. Od niego dowiedziałem się też, że ucztują za duszę zmarłej 40 dni temu żony dziadka Zaza. Na grobie stała trzylitrowa butelka z domowym winem, a w woreczkach foliowych ułożone były smażone bakłażany z cebulą oraz duszone jarzyny w sosie pomidorowym. Znalazło się też kilka podpłomyków. Kiedy wino się skończyło, najmłodszego wysłali po kolejną butelkę, a mnie w tym czasie wypytywali, gdzie byłem i co widziałem. Po kolejnej butelce postanowili, że podwiozą mnie do klasztoru, który chciałem zwiedzić. Wzbraniałem się, by nie wsiąść do czerwonej łady. Skończyło się tym, że Zaali zawiózł mnie i kompanów do swojego domu. Przedstawił matce i żonie. Zjedliśmy obiad, a potem wziął trzylitrową butelką wina, akordeon, bęben i postanowił odwieźć mnie do klasztoru. Pierwszy postój zrobiliśmy przy szałasie pasterzy owiec. Zaali przyniósł z szałasu rogi i rozlał wino. Próbowałem się uwolnić od towarzyszy, tłumacząc, że jestem pielgrzymem i muszę iść sam. Pielgrzymem? - zdziwili się. I tyle pijesz?
Trzeba mieć mocną głowę, żeby podróżować.
- Przydaje się nie tylko mocna głowa. Liczy się też refleks. Kiedy w Iranie policjanci zatrzymali mnie z pytaniem, czy podobają mi się irańskie kobiety, naprawdę nabiedziłem się, żeby im odpowiedzieć. Iranki są piękne i - wbrew surowym nakazom religijnym - bardzo zaczepnie się zachowują. Takiej fikuśnej damskiej bielizny jak w irańskich sklepach nie widziałem w żadnym z europejskich krajów.
Podróżnicy mają swoje dziwactwa. Jest pan przesądny?
- Zdarzyło mi się podróżować trzynastego. W tym roku poleciałem na Islandię. Z Reykjaviku chciałem dostać się na północ do Akureyri. Okazało się, że lot jest odwołany z powodu strajku strażaków. Przebukowałem lot na samolot do Husavik. Tam miał być podstawiony bus do Akureyri, stamtąd chciałem popłynąć na wyspę Gr~msy. Leży dokładnie na kole podbiegunowym - podobno koło przechodzi przez łóżko tamtejszego wikarego. Wiem, że to niemożliwe, bo koło każdego roku zmienia swoją pozycję o kilka metrów, mimo to lubię takie opowieści. Tak więc czekałem na wylot i przeglądałem zdjęcia w aparacie fotograficznym. Kilkanaście minut przed odlotem weszli do hali strażacy z transparentami i megafonami. Zablokowali wyjście na płytę. Rozdawali komunikat, w którym pytali pasażerów, czy wiedzą, że wóz strażacki w Husavik ma około 30 lat, a osoba go obsługująca nie jest strażakiem i szkolenie miała dopiero wczoraj. Na końcu znalazło się stwierdzenie: "Wiesz, że dziś jest piątek trzynastego! Dbamy o twoje bezpieczeństwo". Bilet do Islandii kupiłem 21 lutego 2010 r. Miesiąc przed erupcją wulkanu Eyjafjallajökull, który przypomniał o sobie po 187 latach. Tego dnia już nigdzie nie poleciałem. Wróciłem do hotelu i w komputerze sprawdziłem pocztę. Dwa dni wcześniej dostałem wiadomość od przewoźnika: trzynastego w piątek na lotnisku w Akureyri będzie strajk strażaków. Pewnych wskazówek losu nie należy lekceważyć.
Czytałam pana książkę i na przemian byłam wściekle głodna z powodu opisów przepysznego jedzenia, którymi katuje pan czytelników, albo reakcja była odwrotna. Jak wtedy, gdy czytałam o jagnięcym móżdżku...
- Móżdżek, przyznaję, nie był najlepszy. Spróbowałem go w Iranie. To był mój protest przeciwko wszechobecnym tam fast foodom. Chciałem usiąść w restauracji i zjeść coś lokalnego. W lokalu, który wybrałem, menu wypisane było na tablicy białą kredą. Nic nie zrozumiałem z tego zlepku haczyków i szlaczków. Na szczęście przy niektórych potrawach wypisane były angielskie słówka. Zatrzymałem się przy lamb, wyobrażając sobie pyszne kawałki jagnięciny. Po 15 minutach dostałem ciapę, która okazała się jagnięcym móżdżkiem. Był obrzydliwy, w dodatku niedoprawiony. Problem w tym, że wszyscy bywalcy tej restauracji patrzyli na mnie. Nie pozostało mi nic innego, jak przełknąć ciapę. Kiedy skończyłem, wszyscy się przyjaźnie uśmiechali.
Dla równowagi proszę opowiedzieć o czymś zjadliwym.
- W Etiopii smakowała mi indżera. To cienki szary naleśnik wypiekany z teffu, tamtejszego zboża. Mąkę miesza się z wodą i odstawia na kilka dni, żeby sfermentowała. Ciasto o kwaskowatym smaku wylewa się na blachę umieszczoną nad paleniskiem. Indżerę podaje się z sosami lub mięsnym gulaszem. Jeśli dodamy do tego miejscowe piwo St. George z charakterystyczną żółtą-czerwoną naklejką z wizerunkiem św. Jerzego walczącego ze smokiem, można sobie dobrze podjeść. Z Etiopii przywiozłem też wspomnienia kawy. Piłem ją na sposób europejski w kawiarni Waszyngton. Przyznaję, że ściągała mnie tam nie tylko kawa, ale też piękna barmanka z dużymi kolczykami w uszach. Miała z 1,80 m wzrostu, wielkie oczy i wystrzałową fryzurę. Inny sposób na kawowe ekscytacje odnalazłem w Lalibeli. Szedłem drogą w stronę kościoła św. Jerzego. W domu, który najlepsze czasy miał już za sobą, odnalazłem Coffee Ceremony. Ten dwupokojowy dom w dzień był barem, a po zamknięciu przeistaczał się w mieszkanie. Na klepisku stały trzy małe stoliki i kilka drewnianych stołków. Całości dopełniała rdzewiejąca lodówka. Kiedy usiadłem, gospodyni przystąpiła do tradycyjnej ceremonii parzenia kawy. W Etiopii pali się ją bezpośrednio przed podaniem. Na środku kobieta położyła źdźbła siana. Na nich zaczęła układać przybory: palenisko węglowe i tacę z filiżankami. Świeże ziarna kawy wrzuciła do rondla ustawionego nad paleniskiem. Kiedy ziarna były ciemnobrązowe i zaczęły uwalniać prawdziwy zapach, przesypała je do moździerza i utłukła na drobny pył. Tak przygotowaną kawę wsypywała do glinianego imbryka z wodą. Po kwadransie kawa była gotowa. Okazało się, że ważny jest też sposób wlewania do filiżanek. Jeśli robi się to z wysokości 40 cm, kawa jest wystarczająco ochłodzona i napowietrzona. Zgodnie ze zwyczajem musiałem wypić trzy filiżanki. Dopiero ostatnia przynosi błogosławieństwo.
A jak smakuje mięso z renifera?
- Próbowałem go w Incie. To była noworoczna domówka. Zaczął się właśnie 2003 r., w telewizji przemawiał Władimir Władimirowicz Putin. Gospodyni zapytała, czy mam ochotę na struganinę z renifera. Wtedy miałem za sobą doświadczenie jedynie z surową rybą. Irina poszła na balkon i przyniosła zamrożony i ośnieżony kawał czarnego mięsa. Bardzo ostrym nożem, innym nie dałaby rady, odkroiła cienkie płatki surowego mięsa. Spróbowałem. Mięso miało lekko słony smak. Od Gieni, ordynatora chirurgii z nogą w gipsie, dowiedziałem się, że mięso renifera zabierają astronauci w kosmos. Nie psuje się, ale wysycha, zachowuje substancje odżywcze i prawie w ogóle nie ma tłuszczu.
* Jędrzej Majka - teolog i dziennikarz. Mieszka w Krakowie. Autor książek: "Kresy. Śladami naszych przodków", "Ostatni dzień Lwowa" oraz albumów fotograficznych: "Lwów. Trzy eseje", "Ukraina", "Kresy". Reportaże z jego podróży znalazły się w książce "Pociąg do świata" (Kraków 2010, wydawnictwo Nemrod).
"Gazeta Wyborcza", 22 grudnia 2011 r. |