aktualnosci sklep kontakt
    spis  
fragmenty
 
recenzje
 
Jędrzej Majka
 

Biuro Wiktora, młodego handlarza węgla, znajdowało się na trzecim piętrze budynku. Był to zwyczajny, szary blok mieszkalny. Nie różnił się niczym od tych, które budowano u nas jeszcze w latach osiemdziesiątych. Znałem ten styl, bo w wielkiej płycie spędziłem całe dzieciństwo. Na piętrze po dwa mieszkania. Na drzwiach żadnego szyldu. Żadnej tabliczki. Tylko numer. Dwanaście.
- Widzisz, ile zamków trzeba pokonać, by wejść do środka
- powiedział z uśmiechem Wiktor, wyjmując kolejny klucz.
- To mój office. Moja oaza spokoju.
Trzypokojowe mieszkanie bardziej przypominało burdel niż biuro. W kuchni kilka puszek. Kawa. Kawior czarny. Herbata. Kawior czerwony. Cukier. Pół butelki koniaku Ararat... W małym pokoju przy kuchni stało biurko. Na nim komputer, drukarka, dwa telefony i faks. - Tu jest centrum dowodzenia. Ale chodźmy tam, gdzie robi się prawdziwe interesy - powiedział
i ręką wskazał salon. Pomieszczenie ryczało szelkimi odcienia mi czerwieni. Wersalka. Sofa. Dwa fotele. Wszystko było czerwone. Zasłony też w tym jaskrawym kolorze. W rogu witrynka
uginająca się od butelek z alkoholem.
- Czego się napijesz?
- A co polecasz? - odpowiedziałem wymijająco.
- Jak widzisz, mam wszystko.
- To może coś miejscowego.
- Eeee, samogon wypijemy w domu. Tu serwuję Grant'sa, Tullamore'a...
Wiktor poszedł do kuchni po kieliszki, a ja wygodnie usiadłem na wersalce. Czerwona narzuta była pełna plam. Nie chciałem wiedzieć, kto i co tu rozlewał. Mój wzrok przykuł drewniany regał. Na książki? Niby tak, ale zamiast książek na półkach mieściła się kolekcja prezerwatyw z całego świata.
- Różne kształty, kolory i smaki. Wszystkie rozmiary. Europejskie.
I azjatyckie - wyjaśnił uśmiechnięty Wiktor. Trzymał
w prawej dłoni dwa kieliszki. Widać było, że jest dumny ze swej kolekcji.
- Gdybym wiedział, że jesteś kolekcjonerem, przywiózłbym coś polskiego - powiedziałem. Wiktor podszedł do regału i zaprezentował wszystkie prezerwatywy made in Poland. Kolekcję
uzupełniała aptekarska butelka z wazeliną.
- A co znajduje się w trzecim pokoju? - spytałem.
- Miejsce na małe jebanko.
- Niezłe biuro?!
- Czasem tu nocuję, jak w domu są ciche dni. Zrobiło wrażenie?
- O, tak!
- No to powiedz, co chciałbyś u nas zobaczyć?
- Wszystko.
- Byłeś kiedyś w prawdziwej kopalni?
- Nie.
- To będziesz - powiedział pewnym głosem Wiktor, przechylając kieliszek.
- Super. To może pokażesz mi jeszcze prawdziwe renifery?
- O tej porze roku trzeba by lecieć helikopterem daleko
poza miasto. Ale coś wymyślę.

[fragment rozdziału "Rzeźnia pod biegunem"]

 

* * *

Jego imię znaczy czysty jak księżyc. Amalendu miał nie więcej niż dziesięć lat. Stał boso przy stoliku i szybkimi ruchami kroił cebulę w cienkie talarki. Zaproszony, usiadłem naprzeciw i obserwowałem, jak sprawnie posługuje się nożem. W pewnym
momencie chłopak uniósł swoją prawą nogę i zaczął oglądać piętę. Zrogowaciała i przesuszona skóra była widoczna z kilku metrów. Nie zastanawiając się, Amalendu zniżył nóż i szybkimi ruchami zaczął ścinać niepotrzebny naskórek. Niczym cieniutkie płatki parmezanu plastry skóry spadały na ziemię. Następnie podniósł rękę i powrócił do wcześniejszego krojenia cebuli...
Nazwa restauracja byłaby nieco przesadzona, ale karmiono tu znakomicie. Było to dwadzieścia metrów kwadratowych ukradzione z pobocza jezdni. Drewniane belki wbite w czterech rogach podtrzymywały kolorowe chusty, które miały uratować gości od słońca ostrego jak chili. Jadali tu głównie miejscowi, a to zawsze i wszędzie oznacza, że dania są smaczne i świeże. W lewym rogu jadłodajni mieściło się coś na kształt kuchni. Można więc było oglądać kucharzy przy pracy. Trzy stoły przypominające szkolne ławki. Butla z gazem. Kilka aluminiowych garów. Reklamówki pełne świeżych warzyw. W misce leżały kawałki kurczaka
przykryte gazetami, a nad nimi unosiła się gromada much.
Na blacie stało kilkanaście miseczek wypełnionych kolorowymi proszkami. Szafran. Kumin. Chili. Imbir. Kardamon. Pieprz. Każdy kucharz korzysta z nich na swój sposób. Ich mieszanka tworzy masalę. Ilu kucharzy, tyle mieszanek. Indyjski kucharz nie
użyje tej samej masali do dwóch różnych dań.
Zmęczony zwiedzaniem straganów z pieprzem wyprostowałem nogi i oddałem się obserwacji ruchu ulicznego. W kuchni krzątało się dwóch mężczyzn i Amalendu. Hindusi odnoszą się do jedzenia z wielkim szacunkiem. Przygotowując posiłek, postępują
zgodnie z ustalonym porządkiem. Jedzenie jest boskim darem, więc każdy posiłek jest rytuałem. Gościowi nie wypada wchodzić do kuchni ani zbliżać się do paleniska. Danie zawsze nałoży nam na talerz gospodarz. Zazwyczaj będzie to danie bezmięsne,
bo Hindusi w większości są wegetarianami. Ryż gotowany na kilkadziesiąt sposobów, warzywa i masala to podstawa indyjskiej kuchni. Jeśli na stole pojawi się mięso, będzie to drób, baranina lub
jagnięcina. Nigdy natomiast, zakazana przez religię, wołowina.
Siedziałem, gapiłem się na drogę i liczyłem przejeżdżające riksze. Obok mojego stolika przeszła krowa. Popatrzyła przyjaźnie zza swoich pięknych długich rzęs.
- Hello, my friend - krzyknął przejeżdżający taksówkarz i w jednym momencie zatrzymał pojazd.
- Kurwa mać. Jacy oni są męczący - pomyślałem. I machnąłem ręką na znak, że nie skorzystam.
- Where are you from? - zapytał, siedząc już przy moim stoliku.
Odpowiedź Poland czy Holland nie miała znaczenia. Doskonale znałem ten scenariusz. Opowieść o przyjaciołach z Polski. I o miłości do mojego kraju.
- My friend Robert is from Warsaw - powiedział taksówkarz z błyskiem w oku.
W ciągu kolejnych dwóch minut zaplanował mi dwutygodniowy pobyt w Indiach. Załatwił wszystkie hotele, przejazdy i przewodników. Wszystko oczywiście "za darmo". Czego nie zrobi przyjaciel dla przyjaciela. W programie jazda na słoniu
w Agrze i na wielbłądzie na pustyni Thar w Radżastanie. No i zakupy. Ma być złoto? Będzie złoto. Dużo złota.
- Długo planujesz być w Indiach? - zapytał.
- Kończę właśnie pobyt, bo nie mam już pieniędzy.
I tyle widziałem mojego nowego hinduskiego przyjaciela.
Jak niepostrzeżenie znalazł się przy moim stoliku, tak samo niepostrzeżenie zniknął. Zobaczyłem tylko tył odjeżdżającego samochodu.

[fragment rozdziału "Indie podane z masalą"]

 

 

 

katalog
autorzy
zapowiedzi
dystrybutorzy
podrouze
linki